Dnia 1 września br. obchodzimy 86. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Do dziś echem odbija się tragedia tamtych wydarzeń. Poniżej zamieszczamy fragment wspomnień jednej z Sióstr Miłosierdzia Prowincji Warszawskiej, która została aresztowana i zesłana na Sybir. Oby nigdy więcej nie było takich tragedii.
„Ja bardzo prosiłam Pana Jezusa o łaskę, abym mogła dobrze korzystać z tego umartwienia dla dobra mojej duszy i dla dobra ukochanego Zgromadzenia. Jak coś więcej dokuczało, to zaraz myślałam o życiu i męce Pana Jezusa, że jak Pan Jezus był przybity do krzyża, to też pragnął, a nie dali Mu pić. To ja powinnam dziękować Panu Jezusowi za tą łaskę, że moje pragnienie jest choć trochę podobne do Jego i ofiarowałam je za Najczcigodniejszych naszych Przełożonych i całe Zgromadzenie a także wciąż /do ofiary/ włączałam Zgromadzenie naszych Księży Misjonarzy.

Głód i pragnienie nie były dobre, ale jeszcze okropniej dokuczały wszy i pluskwy w wagonie, bo już od pół roku żyło się bez zmiany bielizny i ubrania, dzień i noc zawsze w tym samym. Ale to nie tylko ja, lecz wszystkie panie były w podobnych warunkach. Oprócz głodu, pragnienia, wszy i pluskiew jeszcze bardzo dokuczało zimno.
Gdy dojechaliśmy do Uralu, to już się czuło mróz w wagonie, bo to już była połowa października, a jak dojechaliśmy na miejsce, do obozu Maryńsk, to był śnieg i duży mróz. Bardzo mało pań miało ciepłe ubranie, a raczej wszystkie były bez ciepłego ubrania. Jak powychodziłyśmy z wagonów, ustawili nas czwórkami i zaczęli sprawdzać nasze papiery a nas liczyć, to my posztywniałyśmy od zimna. Po sprawdzeniu papierów i po obliczeniu zaprowadzili nas do kwarantanny. Był to bardzo duży barak w tym obozie. Przeciętne baraki obliczone były na 400 osób a nas było 1000 kobiet i zmieściłyśmy się wszystkie. Dwupiętrowe nary były porobione z desek i już nic więcej nie było do okrycia się. W wagonach bardzo dużo naszych pań dostało świerzbu. Dali im jakiejś szarej maści i kazali im się mazać przez 3 dni i tak na pół nago siedzieć na tych marach, a było bardzo zimno. Choroba im dokuczała i zimno im dokuczało. Ja, dzięki Bogu, należałam do tych, które nie miały świerzbu. Ominęło mnie siedzenie na pół nago i nie musiałam marznąć. Bo jak człowiek się ruszał i spieszył, to zimno mniej się odczuwało.
W tym baraku było dużo szczurów. W nocy, gdy było ciemno, a leżałyśmy nisko, to tak po nas latały jak po martwych sprzętach. Było to bardzo nieprzyjemne a nawet bałyśmy się spać.
Po przebytej kwarantannie, zaprowadzili nas do łaźni, ażeby się obmyć po podróży i z szarej maści wierzbowej. Po tej kąpieli przeznaczyli nas do robót, a że miałam w papierach napisane „manaszka”, to zasłużyłam na wyróżnienie, że traktowali mnie z wielką pogardą. Ja się tym nie zmartwiłam, lecz ucieszyłam, bo myślałam, że nie będę potrzebowała omijać tych dzikich ludzi /choć/ bardzo się ich bałam tak, że nawet bałam się na nich spojrzeć.
Polki przeznaczali do robót ogólnych, tj. do ładowania węgla do wagonów lub do rozładowywania węgla z wagonów, a także dużych beli waty. Kazali nam śnieg odrzucać albo posyłali na tartak. Nasza robota była na dworze: na placu, wyciąganie desek spod śniegu i wnoszenie do budynku, do maszyn. Gdy zaczynało się robotę, to było bardzo zimno, bo ubrania nie miałam. Byłam bez koszuli, bez majtek i bez pończoch. Na sobie miałam tylko halkę i długi fartuch. Jedna z pań dała mi płaszcz granatowy z podszewką. To było całe moje okrycie, tak chodziłam i tak spałam. Nogi miałam zawinięte w gałgany, bo pantofle, które miałam z domu, prędko mi się podarły a śnieg wyżej kolan, a mróz wielki od 40o do 60o . Ręce gołe do wyciągania i noszenia obmarzniętych desek. Ale jak żeśmy tak zmarzły, to już tego zimna się nie czuło. Ja osobiście, to robiłam się sztywna i nie miałam swobodnych ruchów, ale i więcej pań to odczuwało. A gdy przyszliśmy na noc do baraku, 400 kobiet, to zaczynało robić się ciepło. Wtedy za serce ściskało, tak strasznie bolały ręce i nogi. Wychodziłyśmy przed barak, z rękami i nogami w śnieg. Wówczas ten ból odchodził.”
